Przebudzenie - Kuchciol
Obudziłem się, a może raczej obudziło mnie silne uczucie jakiego doznawałem (takie miałem wrażenie) już od dłuższego czasu. Coś mnie uwierało w policzek. Przebudziłem się i o mało co nie roześmiałem się. Po prostu uwierała mnie podłoga jakiejś klatki schodowej. Dźwignąłem się z gleby, wyszedłem na dwór i ruszyłem w dół ulicy. Z całą pewnością nie wyglądałem jak młody następca tronu, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało - w dzielnicy nędzy nikt nie wyglądał na królewicza. Głowa mnie bolała, a na dodatek na rogu urządził sobie recital jakiś cholerny kobziarz. Podszedłem do gościa, mógł być może z pięć lat starszy ode mnie. Przyglądałem się mu a on mi ale odezwał się dopiero gdy skończył "kawałek"
- Chcesz coś? - nie było w jego głosie zaczepki.
- Czemu ze wszystkich cholernych rogów w tym mieście wybrałeś akurat ten?
- Co? Co to kurwa ma być? Ukryta kamera? Stoję tu bo tak mi się podoba, masz w tym problem?
- Mam kaca - wyjaśniłem - A twoja... muzyka nie poprawia sytuacji, wiesz?
- To wypieprzaj stąd bo ci kości połamię! - równy z niego gość, nie?
Popatrzyłem na niego jeszcze chwilkę, żeby nie wyglądało to na ucieczkę tylko na dobrowolne oddalenie się i powoli, bez nerwów odszedłem. Jeszcze nim przeszedłem na drugą stronę ulicy, kobziarz podjął swój przerwany temat z podwójną mocą. Tacy teraz są kobziarze.
Kuchciol